Back To Top

Wiosenne warsztaty dummy

Lubię towarzystwo retrieverów i retrieverowe aktywności. Bardzo. Lubię patrzeć, jak psy uważnie obserwują, gdzie upada aport (nastawiając uszu i robiąc minę pana poważnego), z radością po niego biegną i wracają zadowolone z siebie. Praca na dummikach jest dla mnie bardzo naturalna, budująca dobre relacje z psem i wymagająca doskonałej współpracy z przewodnikiem. Jednocześnie jest ona niezwykle ciekawa i pełna wyzwań. Formuła working testów sprawia, że psio-ludzka drużyna musi być przygotowana dosłownie na każdy scenariusz i każde warunki. Wszystko to sprawia, że w dummiki wciągam się coraz bardziej. Chyba nie tylko ja. Po Weezym widzę, jak inna jest to dla niego praca niż obedience. Księciunio robi obi, bo robi – bo ja tego chcę, a on ewentualnie chce jedzenie lub piłkę. W odniesieniu do dummy natomiast, mam wrażenie, że jest to aktywność, która sprawia mu przyjemność sama w sobie. Tak mi się przynajmniej wydaje, a czas zweryfikuje te poglądy.

Ten przydługi wstęp miał być wprowadzeniem posta o wiosennych warsztatach dummy z Grzegorzem Dudą, które odbyły się w miniony weekend pod Warszawą. W zajęciach wzięły udział dwa nasze rudzielce, do tego Rysiu, goldeny i jedna flatka. Pogoda dopisała, miejsce noclegowo-treningowe również. Było naprawdę cudnie. Nie będę opisywać ćwiczeń, które przerabialiśmy. Te skrzętnie wynotowałam, zaraz po powrocie do domu, w treningowym kajeciku. Zadanie domowe zapisane, będzie co ćwiczyć.

Na warsztatach oba rude sprawdziły się bardzo dobrze. Szczególnie dumna jestem ze Spocka, który pokazał, że w wieku niecałych 12 miesięcy można być lepszym od prawie 4-letniego Weezy’ego. Gruby jest (jak na moje oczekiwania) super skupiony na upadających dummikach i ładnie obserwuje tor lotu aportu. Ma bardzo dobrą pamięć i twardo wbiega w każde krzaczory i wysokie trawy. Oczywiście wiele jest jeszcze do wypracowania, chociażby chodzenie przy nodze, bo młody zawiesza się na dummiku i zwyczajnie gubi na chodzeniu. Do tego dochodzi nieustająca (pewnie dożywotnia) praca nad spokojem na stanowisku. Wygląda to wszystko bardzo optymistycznie.

Weezy, jak to Weezy 😉 Na pewno wzmocnić muszę siad na gwizdek, bo ma tendencję do podnoszenia zadu. Ewidentnie nie służy mu nakręcanie się na cudze zabawki (w tym przypadku na piłkę Rysia, na którą grzał się od samego rana), bo spala go to psychicznie i trybiki w mózgu przestają pracować. W takiej sytuacji lepiej go schować do klatki lub kazać siedzieć przy nodze. Grzegorz pokazał nam też kolejny etap w ramach przepracowania reakcji na strzały. Będzie to długa i mozolna praca, ale wierzę, że kiedyś uda się go znieczulić go na huki-puki.

Kolejne warsztaty z Grzesiem będą w pierwszej połowie maja, więc trzeba brać rude tyłki w obroty i przepracować tyle, ile się tylko da. Tym razem pojedziemy pod Kraków, gdzie spotkamy się z kolejnymi rudymi. Już nie mogę się doczekać! 🙂

Post a Comment