Back To Top

Gdzie na wakacje z psem? Nad jeziora w województwie lubuskim!

Za nami kolejny weekend w okolicach Gorzowa Wielkopolskiego. Mając w najbliższej okolicy kilkadziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych lasów (Puszcza Notecka, Barlinecko-Gorzowski Park Krajobrazowy i Drawieński Park Narodowy), mamy co robić za każdym razem, gdy odwiedzamy naszą letnią „posiadłość”.

Tym razem mieliśmy ambitny plan, powodowany dogtrekkingową ambicją i chęcią przetestowania nowego pasa do biegania, zrobienia co najmniej 25 kilometrowej trasy. Wybór był z pozoru prosty: jeziora w lesie w okolicy Kłodawy, Rybakowa i Zdroiska. Ponieważ przygotowana na szybko trasa biegła wokół 10 (w wersji dłuższej) lub 8 (w wersji krótszej), nazwaliśmy ją roboczo: Szlak Dziesięciu Jezior.
Jako miejsce startu wybraliśmy parking leśny w miejscowości Lipy nad jeziorem Lubieszewko. Miejsce to jest fajne z kilku powodów – dobry dojazd, możliwość startu w pięciu, sześciu kierunkach i bardzo fajny mini pomościk, z którego można zwodować bydlaki. Za każdym razem będąc w Lipach robimy mniejsze lub większe kółko wokół jezior Lubieszewko i Suche. Tym razem ruszyliśmy w drugą stronę.
dogtrekking_gorzówSkrajem lasu ruszyliśmy w stronę jeziora Lubie, które zaczyna się jakieś 700 metrów od parkingu nad jeziorem Lubieszewko. Pierwszy etap wiedzie dobrze utrzymaną, ale wąską leśną drogą, którą wiedzie niebieski szlak nordic walking. Po kilkuset metrach trafiliśmy na groblę między stawami hodowlanymi, krótkie pojenie i wodowanie psów i idziemy dalej w trasę. Po kolejnych kilkuset metrach ścieżynka przeszła w wygodną i szeroką drogę leśną, którą szedł niebieski szlak rowerowy. W tym samym momencie zaczęło się jezioro Lubie, które mieliśmy po naszej prawej stronie. Szliśmy jego lewym brzegiem w kierunku południowo-zachodnim. Po drodze minęliśmy kilka miejsc, w których można spokojnie zatrzymać się na biwak, wędkowanie czy dziką kąpiel. Jeżeli ktoś szuka pełnej infrastruktury, to jest ona po zachodniej stronie jeziora, w miejscowości Lubociesz. Jest tam ośrodek z domkami typu Brda, spora i popularna w sezonie plaża oraz kilka gospodarstw turystycznych i pokoi typu zimmer frei.

Ale wracając do trasy: po przejściu około 4 kilometrów przekroczyliśmy most na rzeczce Santocznej, którą po drodze mieliśmy jeszcze kilka razy minąć, a która to rzeka łączy jeziora, wokół których wiodła nasza wędrówka. Na mostku spotkaliśmy parkę, która zgubiła się w lesie i chciała dotrzeć do ośrodka w Lubocieszy. Nie ucieszyła ich informacja, że mają przed sobą dobre 6 kilometrów marszu 😉 My tymczasem szliśmy zachodnim brzegiem jeziora Mrowinko, na którego wschodnim brzegu znajduje się miejsce postoju i dzika plaża, którą mieliśmy w planach zaliczyć. Niecały kilometr od mostka, który minęliśmy wcześniej, odkryliśmy mega urocze miejsce. Żeby do niego dojść, trzeba trochę zboczyć z niebieskiego szlaku rowerowego i pójść przecinką w stronę rzeczki łączącej jeziora Mrowinko i Mrowinko Małe. Jest tam miejsce często odwiedzane przez wędkarzy, kiedyś znajdowała się tam przeprawa przez rzeczkę Santoczną. Teraz jest to popularny szlak kajakowy i fajne miejsce, w którym można zwodować psy (i siebie). Głębokość niewielka, czysta woda i kilunastometrowa szerokość kanału zachęcają do rzucania aportów na drugi brzeg. Trzeba jednak uważać, gdzie się rzuca, ponieważ szelki sledowe lubią się czepiać o cokolwiek. Nam utknęły w krzakolcach dwa psy i w momencie, w którym widziałem siebie wchodzącego do wody, żeby je odczepić, udało im się uwolnić. Wniosek? Przed aportowaniem obowiązkowo zdejmujemy szelki i obroże!

Po wodowaniu ruszyliśmy dalej na południowy-wschód do krańca jeziora Mrowinko Małe i leżącej nad nim miejscowości Santoczno. Jeziorko urocze, miejscowość jeszcze ładniejsza. Dwa sklepy, zabytkowy kościół i kilka domów/pensjonacików, za które dałbym się pokroić. Napojeni i posileni lodami z lokalnego sklepu ruszyliśmy wzdłuż brzegu jeziora Mrowinko Małe w kierunku miejscowości Rybakowo. Sporo domków letniskowych, kilka rezydencji bogatszych Gorzowiaków i niewielka, ale urocza plaża. My poszliśmy dalej, wzdłuż jeziora Mrowinko Małe, na północny-zachód. Chcieliśmy dojść do wspomnianego wcześniej miejsca postoju i dzikiej plaży nad jeziorem Mrowinko. Po kilku minutach marszu, gdy Endomondo zakomunikowało, że pokonaliśmy 12 kilometrów, doszliśmy do plaży.
wodowanieKilka fotek, spławienie psów, napojenie przewodników i dalej na północ. Postanowiliśmy dojść do końca jeziora Mrowinko, następnie tak daleko jak pozwalały na to warunki, wzdłuż brzegu rzeczki Santocznej. Warunki pozwoliły na przejście jej brzegiem raptem kilkuset metrów. Ruszyliśmy przecinką w stronę głównej leśnej drogi prowadzącej z Rybakowa do Lip. Po dwóch kilometrach przeszliśmy kolejnym mostkiem nad Santoczną. Mało brakowało, że w tym miejscu dogtrekking by się dla mnie skończył. Pies, którego miałem przypiętego do pasa, postanowił z prawie dwumetrowej wysokości skoczyć do rzeczki, płynącej poniżej. Na szczęście linka miała trochę ponad dwa metry, więc udało mi się zatrzymać na skraju mostku, nie lecąc na twarz do wody.
rzeczka na trasiePsy napojone, my po kilku łykach mineralki postanowiliśmy sprawdzić, jak stoimy z czasem. Według naszych szacunków byliśmy w połowie trasy, ale niespieszne tempo i późna pora startu sprawiły, że podjęliśmy decyzję o skróceniu trasy. Skręciliśmy w dróżkę prowadzącą wschodnim brzegiem jeziora Chłop. Po drodze minęliśmy kolejny mostek nad rzeką Santoczną – ten był świeżo wyremontowany. Kilka zdjęć i dalej w trasę na północ. Trasę skutecznie utrudniały krzewy jagód i malin. A nawet nie tyle krzewy, co ich zawartość 🙂 Maliny, jagody, jagody, maliny, maliny, maliny, maliny, jagody…Jezuuuuu ILE JAGÓD! Po dwóch kilometrach doszliśmy do krańca jeziora i drogi asfaltowej Rybakowo – Kłodawa. Z powodu kończącego się czasu postanowiliśmy niechętnie odpuścić jeziora Chłopek, Mokre i Zarośnięte plus dwa, trzy jeziorka bez nazwy. Trzy kilometry asfaltem na zachód do parkingu, na którym się zatrzymaliśmy była zdecydowanie najbardziej monotonnym etapem marszu.

Na mecie Endomondo pokazało 19,44 kilometra i czas niecałych 4 godzin. Nie tak źle jak na takie niespieszne snucie się po lesie. Na koniec okazało się, że w potreningowym zamieszaniu zostawiłem telefon na dachu samochodu. Dobre 3 kilometry przejechał on bezpiecznie, po czym spadł na pobocze. Zorientowałem się dopiero koło domu. Na szczęście telefon udało się odzyskać i mogliśmy z apetytem wsunąć podwójną porcję pierogów z kaszą gryczaną. Po takiej trasie…najlepsze danie EVER!
spacer z psami w okolicach Gorzowa Wlkp.

Post a Comment